WEJŚCIE SMOKA

Wyjeżdżając z Islandii myślisz o powrocie. To miejsce wyjątkowe. Tutaj jednego dnia kochasz a drugiego nienawidzisz. Unikatowy krajobraz nasączony pierwiastkiem żelaza niczym magnes przyciąga podróżnika a nieprzewidywalna pogoda sprawia, że gdzieś w środku przeklinasz to miejsce. Krajobraz poprzecinany licznymi rzekami i jeziorami  pełnych ryb sprawia, że zapominasz o niedogodnościach i jesteś tu ponownie. Stawiając pierwsze kroki na wulkanicznej ziemi w głębi ducha prosisz aby wyspa przyjęła cię łagodnie niczym wyczekująca kochanka. Przebywając w jej objęciach nigdy nie czujesz się jednak pewnie. Ona niczym Hekla, tylko chwilowo drzemie. Spoglądając z okna naszego domku na równą taflę jeziora Thingvellir byliśmy zdezorientowani. Czytaj dalej

SYNDYKAT

Nie pamiętam tak późnej wiosny na wyspach. Cieplejsze dni przyszły dopiero z początkiem kwietnia, lecz nie na długo gdyż chwila radości została zalana dwutygodniowymi deszczami. I tak sezon pstrągowy ruszył trzy tygodnie później niż zwykle. W nowym sezonie dołączyłem do syndykatu, klubu wędkarskiego położonego na prywatnej posesji z dostępem do prawie 8 mil wody. W rzece występują wszystkie gatunki ryb znane na wyspach oprócz sandacza. Pierwszy wyjazd w towarzystwie Daniela został poświęcony na rekonesans pstrągowy z muchówkami. W trudnych warunkach bo przy jeszcze bardzo wysokiej wodzie i mojej walce z alergią udało nam się skusić kilka ryb do brania a pięćdziesiątak Daniela pozwala optymistycznie wyczekiwać kolejnych wyjazdów.

PODSUMOWANIE

Kolejny rok powoli odchodzi już do historii, przypominając o nieodłącznej cesze naszego bytu jaką jest przemijanie. Jedne rzeczy się kończą, inne zaczynają. Mija czas, mija nasze życie, mija kolejny sezon wędkarski. Jaki był? Nie ma się czym chwalić gdyż winę za słabe wyniki mogę zwalić tylko na siebie. Nie będę narzekał na coraz słabszy stan wód w UK bo tak naprawdę to moje lenistwo – znudzenie spowodowało, że wizyt nad wodą było jak na lekarstwo. Czy będzie ich więcej w nadchodzącym roku? Trudno powiedzieć, ale w planach chciałbym poświęcić trochę czasu szczupakowi na muchę i może odgrzebać sprzęt gruntowy do zasiadki na brzanę. Podobnie jak w tym roku tak i w przyszłym wyczekuję wyjazdów zagranicznych. Kamczatka w moich dotychczasowych wyjazdach była wisienką na torcie wędkarskich wojaży i  nie wyobrażam sobie aby przebić tę destynację, niemniej jednak już w czerwcu wracam na srebrne trocie jeziorowe do Islandii a w listopadzie pogoń za wielkimi masherami w Nepalu. Czy się uda to wszystko zrealizować? Głęboko wierzę, że tak.

RZECZNE MECYJE

Oprócz łososi pacyficznych wchodzących okresowo do rzek półwyspu kamczackiego wody te są zamieszkiwane przez gatunki będące ich stałymi rezydentami. Jednym z nich jest endemiczny gatunek lipienia, zwany kamczackim. Niektóre odcinki rzeki były wręcz wybrukowane kardynałami, które chętnie współpracowały z dużymi streamerami, nimfami czy nawet obrótówką w rozmiarze 5! Dla chcącego, złowienie stu czy dwustu ryb dziennie nie było niczym szczególnym. Gatunkiem, który sobie szczególnie upodobałem były golce (Salvelinus alpinus). Te anadromiczne ryby zaskoczyły nas swoim  ubarwieniem. Starsze osobniki, bedące bliżej tarła, miały jasnoniebieski grzbiet i szaroniebieskie lub zielonkawe boki usiane licznymi czerwonawymi lub pomarańczowymi plamkami a brzuch jasnoczerwony i zółty spód głowy. Przednie krawędzie płetw piersiowych, brzusznych i odbytowej są mlecznobiałe. To zestawienie kolorów i barw powodowało, że ten gatunek by zawsze miło witany na końcach zestawu. Niespodzianką była Nerka (Oncorhynchus nerka). Ten krwisto czerwony łosoś z zielonkawym łbem, dotąd najczęsciej widywany przeze mnie tylko w filmach National Geographic, kończył już swój ciąg, ale udało nam się przechytrzyć jeszcze kilka ryb. Najwiekszą rybą w rzece był łosoś Coho (Oncorhynchu kisutch) zwany kiżuczem. Niestety jesienny ciąg świeżej ryby jeszcze się nie rozpoczął, dlatego te które padały naszym łupem były mocno wybarwione. Królem polowania tego gatunku został Paweł, łowiąc przy mnie z jednego dołka kilka pięknych ryb w tym okaz w długości 80cm.

MIKIŻA

Po dwunastu godzinach  spędzonych w samolocie w pozycji omalże embrionalnej, obolały i połamany, niczym Pinokio po wypadku samochodowym, wysiadam w stolicy Kraju Kamczackiego – Pietropawłowsku. Zaciagąjąc się swieżym powietrzem i prostując kości kątem oka podziwiam w oddali kontury ośnieżonych wulkanów. Endorfiny pomagają zapomnieć o trudach podróży, która tak naprawdę dopiero się zaczyna. Po krótkim zaprowiantowaniu przesiadamy się do autobusu przypominającego czasy szkolnych wycieczek i ruszamy dalej na północ, jedyną drogą półwyspu oznakowaną numerem P474. W czeluściach nocy, po kolejnych dwunastu godzinach wyboistej podróży, docieramy do wsi Kozyriewsk, gdzie czeka na nas posiłek, sauna i długo wyczekiwany sen. Czytaj dalej