RZECZNE MECYJE

Oprócz łososi pacyficznych wchodzących okresowo do rzek półwyspu kamczackiego wody te są zamieszkiwane przez gatunki będące ich stałymi rezydentami. Jednym z nich jest endemiczny gatunek lipienia, zwany kamczackim. Niektóre odcinki rzeki były wręcz wybrukowane kardynałami, które chętnie współpracowały z dużymi streamerami, nimfami czy nawet obrótówką w rozmiarze 5! Dla chcącego, złowienie stu czy dwustu ryb dziennie nie było niczym szczególnym. Gatunkiem, który sobie szczególnie upodobałem były golce (Salvelinus alpinus). Te anadromiczne ryby zaskoczyły nas swoim  ubarwieniem. Starsze osobniki, bedące bliżej tarła, miały jasnoniebieski grzbiet i szaroniebieskie lub zielonkawe boki usiane licznymi czerwonawymi lub pomarańczowymi plamkami a brzuch jasnoczerwony i zółty spód głowy. Przednie krawędzie płetw piersiowych, brzusznych i odbytowej są mlecznobiałe. To zestawienie kolorów i barw powodowało, że ten gatunek by zawsze miło witany na końcach zestawu. Niespodzianką była Nerka (Oncorhynchus nerka). Ten krwisto czerwony łosoś z zielonkawym łbem, dotąd najczęsciej widywany przeze mnie tylko w filmach National Geographic, kończył już swój ciąg, ale udało nam się przechytrzyć jeszcze kilka ryb. Najwiekszą rybą w rzece był łosoś Coho (Oncorhynchu kisutch) zwany kiżuczem. Niestety jesienny ciąg świeżej ryby jeszcze się nie rozpoczął, dlatego te które padały naszym łupem były mocno wybarwione. Królem polowania tego gatunku został Paweł, łowiąc przy mnie z jednego dołka kilka pięknych ryb w tym okaz w długości 80cm.

MIKIŻA

Po dwunastu godzinach  spędzonych w samolocie w pozycji omalże embrionalnej, obolały i połamany, niczym Pinokio po wypadku samochodowym, wysiadam w stolicy Kraju Kamczackiego – Pietropawłowsku. Zaciagąjąc się swieżym powietrzem i prostując kości kątem oka podziwiam w oddali kontury ośnieżonych wulkanów. Endorfiny pomagają zapomnieć o trudach podróży, która tak naprawdę dopiero się zaczyna. Po krótkim zaprowiantowaniu przesiadamy się do autobusu przypominającego czasy szkolnych wycieczek i ruszamy dalej na północ, jedyną drogą półwyspu oznakowaną numerem P474. W czeluściach nocy, po kolejnych dwunastu godzinach wyboistej podróży, docieramy do wsi Kozyriewsk, gdzie czeka na nas posiłek, sauna i długo wyczekiwany sen. Czytaj dalej

KAMCZATKA – PROLOG

Emocje jeszcze nie opadły. Pełny nowych wrażeń walczę z rożnicą czasu krzątając się po domu w środku nocy. W chłodnym pokoju zakładam bluzę przesiąkniętą zapachem ogniska, które codziennie rozpalaliśmy pod niebem Kamczatki… Jaka jest Kamczatka? To zdecydowanie jeden z najbardziej dzikich i nieznanych zakątków tego świata. Przyroda w wielu miejscach jest nadal nietkniętą reką człowieka. Tutaj tundra łączy się z tajgą, dziesiątki czynnych wulkanów dotykają szczytami pedzących chmur a miedzy nimi niczym niebieskie wstęgi toczą swe wody tysiące rzek pełnych wszystkich gatunków łososi pacyficznych. Nad ich brzegami trudno nie spotkać króla tutejszej fauny, niedzwiedzia brunatnego, którego spojrzenie paraliżuje wszystkie kończyny. O tym co przeżyłem, stając oko w oko z nieznanym w kolejnych wpisach…..

THINGVALLAVATN

Nie wyobrażam sobie wizyty na Islandii bez zawitania nad jezioro Thingvallvatn. Ten ogromny zbiornik, któremu poświęciłem wyprawę trzy lata temu, zamieszkują największe na świecie trocie jeziorowe. Srebrne torpedy, słynące ze swej waleczności, zwykle o tej porze roku przebywają w głębinach jeziora i są bardzo trudne do złowienie, my jednak postanowiliśmy spróbować. Wybieramy odcinek z wyraźnym głębokim spadem blisko brzegu. Paweł jako pierwszy zalicza kontakt z duża rybą, który niestety kończy się spadem. Wieczorem jednak blisko brzegu zalicza spektakularne branie tuż pod nogami i chwilę poźniej cieszy się z pierwszego trofeum. Mi też dopisuje szczęscie i doławiając standardowe 70+ nie schodze o kiju. Następnego dnia na Facebooku dowiadujemy się, że tuż obok nas, na odcinku muchowym, łowił wędkarski celebryta Nils Folmer Jorgensen, który wylądował rybę o wadze 26lb! Może następnym razem….

JEZIORO PALIOWE (HIGHLANDS)

W ciepłych promieniach słońca i zanikającym wietrze pojawiliśmy się wczesnym rankiem nad brzegami nieznanego nam dotąd jeziora. Wzrost temperatury ożywił wszelakie robactwo i łowienie bez pomocy moskitiery czy buffy prawdopodobnie zakończyłoby się załamaniem nerowowym. Przeczesywanie wody zaczęliśmy przy pomocy małych wahadłówek i cieższych obrotówek. Wolne prowadzenie przy dnie przynęt w ciemnych kolorach z czerwonym akcentem dość szybko skutkowało przyjemnym ciężarem na wędce. Branie palii niczym nie przypomina pstragowego strzału. Przynęta jest raczej zasysana niczym karpiowa kulka i dopiero wtedy możemy poczuć rybę na końcu zestawu. Łowisko zaskakuje nas ilością łowionych ryb, niestety o większe okazy było trudniej. Wynagrodzeniem długiego dnia były pieczone palie, których smakiem objadamy się do dziś.